Po ośmiu kolejkach sezonu Cracovia może pochwalić się średnią frekwencją na poziomie 11 836 widzów na mecz przy Kałuży. To wynik, który na pierwszy rzut oka wygląda bardzo solidnie. Szczególnie że niemal idealnie pokrywa się ze średnią z całego poprzedniego sezonu, kiedy na domowych spotkaniach Pasów pojawiało się średnio 11 903 kibiców. Różnica wynosi więc zaledwie 67 osób.
I może właśnie dlatego warto dziś spojrzeć na tę liczbę trochę szerzej. Sam łapię się na tym, że szukam obecnie w Cracovii pozytywnych punktów zaczepienia – czegoś, na co my, kibice, mamy realny wpływ. Ostatnie miesiące pokazały przecież, że przy patrzeniu władzom klubu na ręce trudno znaleźć osobę, której można zaufać bez żadnych wątpliwości. Robert Platek? Elżbieta Filipiak? Murat Colak? Mam wrażenie, że wielu kibiców jest dziś gdzieś pomiędzy nadzieją a nieufnością.
Nie pomagają w tym ciągłe medialne przepychanki wokół naszej Cracovii. Część publikacji rzeczywiście próbuje przede wszystkim znaleźć sensację, konflikt albo kolejny problem przy Kałuży, ale nie można też zrzucać wszystkiego na media. Sam jestem gdzieś pośrodku. Jako kibic chcę wierzyć, że będzie dobrze, ale ostatnie wydarzenia sprawiają, że emocje potrafią zmieniać się z tygodnia na tydzień. Jedna rzecz pozostaje jednak niezmienna: stadion i ludzie, którzy przychodzą na Cracovię.
11 836 widzów. Cracovia praktycznie na poziomie poprzedniego sezonu
Po ośmiu kolejkach sezonu i czterech domowych spotkaniach łączna frekwencja na stadionie Cracovii wynosi 47 344 widzów, co daje średnią 11 836 osób na mecz. Dla porównania w całym poprzednim sezonie przez stadion przy ul. Kałuży przewinęło się 202 357 widzów, a średnia wyniosła 11 903. Można więc powiedzieć, że na tym etapie Cracovia utrzymuje poziom.
Tyle że same liczby nie opowiadają całej historii. Rok temu początek sezonu dawał znacznie więcej optymizmu. Pierwsze miesiące pracy Luki Elsnera przyniosły świeżość, dobre wyniki i poczucie, że przy Kałuży rzeczywiście może powstać coś ciekawego. Dzisiaj podobna średnia frekwencja jest osiągana w zupełnie innym klimacie. Wyzwaniem nie jest więc samo przebicie poziomu 12 tysięcy, bo do niego brakuje naprawdę niewiele. Znacznie większym wyzwaniem będzie utrzymanie takiego zainteresowania przez cały sezon.
Derby z Wisłą i mecz z Legią zrobią swoje
Przed Cracovią są spotkania, które niemal sprzedają się same. Derby Krakowa z Wisłą powinny przyciągnąć komplet lub liczbę bardzo zbliżoną do maksymalnej pojemności stadionu. Podobnie wygląda sprawa z domowym meczem przeciwko Legii Warszawa. Takie spotkania mogą stosunkowo szybko wyciągnąć średnią powyżej 12 tysięcy.
Tyle że dwa czy trzy mecze przy pełnych trybunach nie odpowiedzą nam na pytanie, czy frekwencja przy Kałuży rzeczywiście rośnie. Znacznie ciekawsze będą spotkania z mniej medialnymi rywalami. Jeżeli również wtedy regularnie zacznie pojawiać się 11, 12 czy 13 tysięcy osób, będzie można mówić o realnym kroku naprzód. I właśnie tutaj wracamy do tego, co dzieje się na murawie.
Wyniki i styl gry będą ważniejsze niż marketing
Klub może przygotowywać dobre kampanie promocyjne, rozwijać social media, organizować akcje dla kibiców czy dodatkowe atrakcje wokół dnia meczowego. To wszystko ma znaczenie i na pewno pomaga. Nie zastąpi jednak najważniejszego produktu, czyli samego meczu.
Dobrym przykładem jest ostatnia porażka 1:3 z Wisłą Płock. Nie chodzi nawet o sam wynik. Każdy zespół przegrywa i każdy kibic jest w stanie zaakceptować słabszy dzień. Znacznie trudniej zaakceptować sposób, w jaki Cracovia to spotkanie przegrała. Brakowało widocznej reakcji, energii i przekonania, że jeszcze można coś z tym meczem zrobić. Takie występy uderzają w frekwencję znacznie mocniej niż brak jakiejkolwiek kampanii reklamowej. Kibic może przyjść po dobrym plakacie czy filmie promującym spotkanie, ale jeżeli po 90 minutach wychodzi ze stadionu sfrustrowany, przy zakupie kolejnego biletu pojawia się już chwila zastanowienia.
Z drugiej strony nie chciałbym też, żebyśmy sami jako kibice dokładali do tego wyłącznie kolejne warstwy negatywnych emocji. Sam ostatnio wrzuciłem na naszym profilu na X post trochę właśnie po to, żeby nie dołować ani siebie, ani innych kibiców Cracovii, tylko spróbować znaleźć jakiś punkt zaczepienia i odrobinę motywacji.
Problemy trzeba nazywać po imieniu, władzom trzeba patrzeć na ręce, a od piłkarzy wymagać znacznie więcej. Ale jeżeli sami przestaniemy wierzyć, że może być lepiej, to atmosfera wokół klubu będzie tylko coraz cięższa. Krytyka i wsparcie nie muszą się przecież wykluczać.
Kibice są dziś mocno podzieleni
Reakcje pod tym wpisem dobrze pokazują, jak różne emocje towarzyszą dziś kibicom Cracovii. Nie wszyscy chcą kolejnej mobilizacji i nie wszyscy mają jeszcze cierpliwość, żeby ponownie uwierzyć, że tym razem wszystko zacznie zmierzać w dobrym kierunku. Jeden z kibiców napisał krótko:
„Coraz trudniej namówić niezdecydowanych.”
Chwilę później pojawił się znacznie bardziej stanowczy głos:
„Nie zgadzam się! Jak inaczej możemy zmienić Cracovię jak nie buntem, bojkotem? Tego nie da się dłużej tolerować, kaszana kolejny rok z rzędu.”
Były też komentarze bardziej gorzkie, wynikające chyba już nie tyle ze złości, co ze zwykłego zmęczenia:
„Złość na mobilizację to my zamieniamy odkąd pamiętam.”
„Noooo, super zajebiście… 20 LAT MARAZMU!!!”
I trudno udawać, że takich głosów nie ma. One również są częścią dzisiejszej Cracovii. Jedni chcą mobilizacji, inni protestu, a część kibiców jest po prostu zmęczona kolejnym sezonem nadziei, po którym znowu pojawiają się te same pytania. Może właśnie to najlepiej pokazuje, gdzie obecnie jesteśmy. Nikt nie jest obojętny. Po prostu coraz bardziej różnimy się w tym, co uważamy dziś za najlepsze dla klubu.
Piłkarze mówią o dwunastym zawodniku. Chcemy to zobaczyć na boisku
Piłkarze Cracovii wielokrotnie podkreślają, że obecność kibiców daje im dodatkowy impuls i przysłowiowy wiatr w żagle. Oby tak rzeczywiście było, bo z perspektywy trybun momentami trudno to dostrzec. Z czasem podobne deklaracje zaczynają brzmieć trochę jak obowiązkowa formułka przed kamerą, jeśli później na murawie nie idzie za nimi odpowiednia reakcja.
Berte mówił w jednym z wywiadów, że jest gotów oddać życie na boisku za klub. Dla kibica trudno wyobrazić sobie lepszą deklarację. Właśnie takich słów chce się słuchać. Ale jeszcze bardziej chce się później zobaczyć ich potwierdzenie na boisku.
Cracovii przydałby się również ktoś, kto w trudnym momencie potrafi uspokoić drużynę i nadać jej właściwy rytm. Widoczna ostatnio frustracja Mateusza Klicha jest zrozumiała, bo wynika z ambicji, ale samą złością meczu nie da się odwrócić. Zespół potrzebuje kapitana nie tylko z opaską, ale też z charakterem, spokojem i umiejętnością podniesienia drużyny wtedy, gdy zaczyna robić się nerwowo. Kogoś, kto po straconej bramce zbierze innych i da prosty sygnał: nic się nie stało, odrabiamy, gramy dalej.
Kibice również mają tutaj swoją rolę
Może właśnie dlatego piszę o frekwencji. W sprawach właścicielskich, decyzjach gabinetowych czy medialnych konfliktach nasz wpływ jest ograniczony. Na atmosferę stadionu wpływ mamy już bezpośrednio.
Jeżeli piłkarze rzeczywiście mają czuć, że kibice są ich dwunastym zawodnikiem, to trzeba im ten argument dawać. Nie oznacza to braku krytyki czy bezwarunkowego akceptowania wszystkiego, co dzieje się w klubie. Cracovia nie potrzebuje kibiców, którzy tylko przytakują. Potrzebuje natomiast ludzi, którym nadal zależy. I być może właśnie tu jest granica między wsparciem a bezkrytycznością. Możemy wymagać, pytać, patrzeć władzom na ręce i głośno mówić o tym, co nam się nie podoba. Jednocześnie możemy wejść na stadion i przez 90 minut zrobić wszystko, żeby drużyna rzeczywiście poczuła tego „dwunastego zawodnika”, o którym tak często mówi.
Sam należę do tych, którzy co roku gdzieś z tyłu głowy mają nadzieję na puchary. Pewnie podobnie jak wielu kibiców, którzy pamiętają jeszcze Cracovię z trzeciej ligi. Można się z tego śmiać, ale chyba właśnie na tym polega kibicowanie – przed sezonem człowiek znowu zaczyna wierzyć, że tym razem może wydarzyć się coś większego. Patrząc optymistycznie, wciąż jest jeszcze szansa na impuls ze strony drużyny. Trzy czy cztery zwycięstwa z rzędu mogłyby namieszać nie tylko w tabeli, ale też ponownie obudzić w nas kibicach więcej wiary, że ten sezon wcale nie musi skończyć się kolejnym rozczarowaniem.
Czy Cracovia przebije średnią 12 tysięcy widzów?
Wracając jednak do głównego pytania tego tekstu: czy Cracovia jest w stanie przebić średnią 12 tysięcy widzów na mecz? Moim zdaniem tak. I wcale nie potrzeba do tego cudu. Derby z Wisłą i spotkanie z Legią zapewne podniosą średnią, ale największe znaczenie będą miały zwykłe ligowe mecze. Jeśli Cracovia zacznie wygrywać, strzelać gole i ponownie da kibicom emocje, 12 tysięcy widzów średnio na mecz jest absolutnie do osiągnięcia.
Potrzeba jednak kilku rzeczy naraz: wyników, większej woli walki, lidera na boisku i poczucia, że drużyna nie rozpada się mentalnie przy pierwszym problemie. Piłkarze muszą również czuć, że my jesteśmy przy nich — szczególnie wtedy, kiedy mecz zaczyna układać się źle. Z drugiej strony oni muszą dać nam powód, żebyśmy na ten stadion wracali.
Bo można zrobić świetną kampanię, dobry plakat i jeszcze lepszy film zapowiadający spotkanie. Nic nie zadziała jednak tak dobrze jak zwycięstwo Cracovii, kilka bramek i mecz, po którym wychodzisz z Kałuży i już myślisz o następnym. To właśnie takie spotkania budują frekwencję znacznie skuteczniej niż jakakolwiek promocja. Czy uda się dojść do średniej 12 tysięcy? Najbliższe tygodnie pokażą nam znacznie więcej. Ja nadal wolę patrzeć na Cracovię z nadzieją. Być może dlatego, że po tylu latach kibicowania inaczej już po prostu nie potrafię.




